sobota, 22 lipca 2017

Piękny film dzisiaj oglądałam ... #8


Z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciu. Jakże często to powtarzamy. Ale przyznajmy szczerze, że te spędy rodzinne mają w sobie jakąś magię.

Nie inaczej jest w filmie rumuńskiego reżysera Cristi Puiu będącej międzynarodową produkcją (Chorwacja, Francja, Macedonia, Rumunia oraz Bośnia i Hercegowina). Puiu zaprasza nas do domu pewnej bukareszteńskiej rodziny. Powód może niezbyt wesoły, bo stypa, ale daje nam to świetną okazję do podejrzenia przeciętnej rodziny, będącej przedstawicielem wielkomiejskiej klasy średniej. Zdecydowana większość akcji dzieje się w mieszkaniu, co też jest o tyle ciekawe, że możemy podpatrzeć życie od tzw. kuchni. To zagracone mieszkanie ma w sobie jakiś niepowtarzalny klimat. Bohaterowie krążą między kuchnią a pokojami w oczekiwaniu na popa. Chcąc zachować tradycję nie siadają do obiadu dopóki nie pojawi się duchowny, aby odprawić ceremoniał. Pop się spóźnia, co wydłuża cały obrządek. A co niektórzy zaczynają być bardzo głodni…

I jak to najczęściej bywa mężczyźni prowadzą podniosłe rozmowy, a kobiety przygotowują jedzenie. Jedni prowadzą zagorzałe dyskusje, inni w spokoju oczekują na przyjście duchownego. Jedni próbują rozwikłać zagadkę zamachów z 11 września czerpiąc wszystkie informacje z Internetu, inni prowadzą dysputy nad tym, który ustrój jest bardziej korzystny dla Rumunii. Jedni bezustannie zajęci są przygotowywaniem wszystkiego, aby tradycji stało się zadość, inni zaprzątają sobie głowę zakupami w Carrefour. Stara ciotka broni uparcie prezydenta Ceausescu, wyjaśniając młodszemu pokoleniu ile dobrego zrobił dla kraju i za co dzisiejsze pokolenie powinno być mu wdzięczne, a dzisiejsze pokolenie nie potrafi powstrzymać łez. Ze złości, jak stara ciotka, komunistka, może wychwalać dyktatora. Do tego wszystkiego pojawiają się nieproszeni goście. Jednym z nich jest mąż-alkoholik siostry żony zmarłego. Jego pojawienie się podsyca i tak napiętą atmosferę. Małżonkowie postanawiają rozprawić się ze swoimi bolączkami nie zważając na to, że nie są w mieszkaniu sami. Pozostali członkowie rodziny stają się mimowolnymi świadkami dość żenującej dyskusji. Towarzystwo uspokaja najstarszy syn zmarłego, Lary. W tym miejscu warto napomknąć, że właśnie postać Lary’ego wzbudziła we mnie największą sympatię. Stoickiego spokoju i zdrowego rozsądku wielu mogłoby mu pozazdrościć. Drugim nieoczekiwanym gościem jest pewna Chorwatka. Skąd wzięła się na stypie? Została przyprowadzona przez kuzynkę Lary’ego z błagalną prośbą, aby jej nie wyrzucać. Nie byłoby w tym może nic dziwnego, gdyby dziewczyna nie była pijana do nieprzytomności. Wywołało to spory niepokój, bo dziewczyna wyglądała naprawdę przerażająco, ale od czego lekarze w rodzinie.

W końcu przychodzi pop. Posiłek poświęcony, obrządek odprawiony, jałmużna rozdana i nareszcie można zasiadać do stołu. Ale nie tak szybko… Przecież zgodnie z tradycją młody potomek powinien pojawić się przy stole w poświęconym ubraniu po zmarłym. I kolejny powód do awantury, ponieważ okazuje się, że kuzyn wyznaczony do tej roli jest wiele, wiele chudszy niż zmarły. Garnitur trzeba szybko przerobić, co powoduje dalsze oczekiwanie na posiłek.

Nadszedł moment, w którym już wszyscy zasiedli do stołu, aż tu nagle Chorwatka postanowiła o sobie przypomnieć. Niemalże wszyscy pobiegli do sypialni, w której ją zostawili. Przy stole zostali najbardziej głodni, którzy w końcu mogli delektować się jedzeniem. I humory od razu im się poprawiły.

"Sieranevada" to doskonałe kino przedstawiające problemy współczesnej rodziny jakże nam bliskie. Puiu zaprasza nas w gości na trzygodzinną ucztę (właśnie tyle trwa film) i muszę przyznać, że to była ciekawa przygoda.


sobota, 15 lipca 2017

Kulinarnie #2

Zupa szpinakowa z wędzonym łososiem

Czego potrzebujemy?

Włoszczyzna, cebula, pieprz w ziarenkach, liście laurowe, ziele angielskie - na wywar warzywny w ilości ok 1 litra

500 dag szpinaku (świeżego lub mrożonego)

4 trójkąty serka topionego śmietankowego

3 ząbki czosnku

3 łyżki masła (po podsmażenia szpinaku i czosnku)

gałka muszkatołowa

250 - 350 dag wędzonego łososia

Jak to zrobić?

Przygotowujemy wywar warzywny z włoszczyzny i cebuli z przyprawami.

Na patelni rozgrzewamy masło, podsmażamy szpinak. Do szpinaku dodajemy 3 ząbki czosnku przeciśniętego przez praskę. Dodajemy 4 trójkąty serka topionego i mieszamy.

Po zagotowaniu wywaru warzywnego wyciągamy z niego wszystkie warzywa i dodajemy przygotowany szpinak z czosnkiem. Przyprawiamy pieprzem i gałką muszkatołową. Gotujemy.

Na talerze kładziemy kilka kawałków wędzonego łososia i zalewamy gorącą zupą szpinakową. Przez konsumpcją chwilę poczekać, aby łosoś i zupa przegryzły się.


Uwagi.

Najlepiej podawać z bagietką czosnkową przygotowaną na ciepło. Ja tym razem się zgapiłam podczas zakupów i bagietkę musiał zastąpić chleb.

Naleśniki z pieczarkami i żółtym serem przykryte sosem pomidorowym


Czego potrzebujemy?

Mąka, mleko, 2 jajka, woda, sól do ciasta naleśnikowego i olej do smażenia

450 dag pieczarek, które drobno siekamy i podsmażamy na maśle

Starty żółty ser

Przecier pomidorowy, jogurt naturalny i bazylia do przygotowania sosu

Jak to zrobić?

Naleśniki smażymy, a następnie nakładamy na nie farsz z pieczarek i sera i zwijamy w rulony.

Rulony naleśnikowe układamy w naczyniu żaroodpornym, posypujemy resztą sera i przykrywamy sosem pomidorowym. Przykrywamy folią aluminiową i wstawiamy do piekarnika rozgrzanego do 170°C na kwadrans.

Przygotowanie sosu: do rondelka wrzucamy jogurt naturalny i przecier pomidorowy w takich proporcjach, aby przybrał on kolor różowy i dodajemy bazylię. Gotujemy na małym ogniu.

Ot, taka propozycja na dwudaniowy bezmięsny obiad. Smacznego :)

czwartek, 13 lipca 2017

Śmiech przez łzy. Jak u Gogola!



Niedawno natknęłam się w sieci na spektakl Teatru Telewizji Polskiej autorstwa i w reżyserii Juliusza Machulskiego, 19. południk. Rewelacja! Może dla niektórych ta satyra jest zbyt przesadzona, nie mniej uważam, że trafiona w punkt.

Krótko o czym jest spektakl. Otóż na urząd prezydenta RP zostaje wybrany Bartłomiej Czop. Określenie, że jest to wybór dość kontrowersyjny to mało powiedziane. Dlaczego? Ano dlatego, że taki człowiek jak pan Czop nie powinien sprawować tak ważnego urzędu. Ba! Taki człowiek w ogóle żadnego urzędu nie powinien sprawować. Ba! Nawet żadnej funkcji kierowniczej w żadnej firmie nie powinien sprawować. A tu życzeniem ludu został głową państwa. I ludu swego nie zamierza zawodzić. Dość krzywd! Dość obciążania obywateli koniecznością utrzymywania gwałcicieli i złodziei! Dość uległej polityki zagranicznej! Dość pobłażania sąsiednim państwom! Niech Niemcy i Rosja poznają w końcu, że Polska to silne państwo rządzone przez silnego człowieka! Niech Niemiec w końcu odbuduje nam Warszawę!

Pan Prezydent okazał się nieokrzesanym burakiem, któremu brak ogłady i kultury. O inteligencji już nie wspominając. Spektakl świetnie obnaża bolączki naszych sfer rządzących i nie tylko. Bo nie tylko o politykę chodzi. Takie zjawisko możemy zaobserwować choćby w miejscu pracy. Wyobraźmy sobie, że w naszej firmie najważniejszą decyzyjną osobą zostaje ktoś, kto nie ma pojęcia o zarządzaniu, kto nie potrafi się wysłowić, kto nie potrafi zachować się adekwatnie do sytuacji, kto kulturę osobistą ma w nosie. A takiego słowa jak dyplomacja to chyba w ogóle nie zna. I taki oto buraczek staje się ważnym burakiem. Otacza się kumplami. Uważa się za pępek świata i co najgorsze - podejmuje decyzje. Decyzje, skutki których dotyczą bardzo wielu. Makabra!

Nie mogę nie wspomnieć o świetnej obsadzie spektaklu: Andrzej Grabowski, Rafał Królikowski, Sławomir Orzechowski, Jan Englert, Robert Więckiewicz, Adam Ferency czy Jan Machulski. I znakomita kreacja Jana Frycza. Tym ostatnim jestem wręcz zachwycona.

Jak najbardziej polecam istną ucztę teatralną jaką jest 19. południk.

wtorek, 11 lipca 2017

Nie chcę narzekać, ale …



Od pewnego czasu niestety nie mogę przestać o tym myśleć.  Co mnie tak rozstroiło?  Ano to, że nagrodzone zostało chamstwo, arogancja, ignorancja i brak profesjonalizmu. Tak, właśnie tak to wygląda z mojego (i większości) punktu widzenia. I nie chodzi tutaj o zazdrość. Bynajmniej! Chodzi o sam fakt, że ktoś awansuje na stanowisko kierownicze nie mając ku temu żadnych kwalifikacji i doświadczenia. Decyzja jednej osoby. I nic nie jest w stanie zmienić tego stanu rzeczy. Nawet wypowiedzenia umów o pracę rzucane przez team w zastraszającym tempie.

Delikwent, o którym piszę oczywiście odbiera wszystko jako atak na swój awans. Nie stara się choć w minimalnym stopniu krytycznie spojrzeć na fakty. Mam wrażenie, że wręcz żyje w wyimaginowanej przez siebie rzeczywistości, w której jest najlepszy, najpiękniejszy, najmądrzejszy. A prawda jest niestety zgoła inna.

Ktoś mógłby powiedzieć: eh, gadanie sfrustrowanej baby. A to nie tak. Niech każdy robi to, co dla niego jest odpowiednie i zajmuje to przysłowiowe miejsce w swoim szeregu. Nie każdy stworzony jest do zarządzania. Ale na litość boską! Nie udawajmy, że chamstwo to asertywność. Nie udawajmy, że mobbing to zwykłe zjawisko w pracy. Nie udawajmy, że przypisywanie sobie nie swoich zasług i sukcesów jest w porządku. Nie udawajmy, że tego nie dostrzegamy!

Cały czas zadaję sobie pytanie (i nie tylko ja), jak to w ogóle się stało? Ano stało się, choć nikt nie może sobie tego wytłumaczyć. Ale ja się na to nie godzę. Nie godzę się na to, aby brak szacunku do wszystkich wokół, obrażanie pracowników, donoszenie na innych, ordynarność i brak kultury były nagradzane. O braku wiedzy już nie wspomnę. I mogę się złościć i walczyć,  choć wiem, że nie wygram. Taki jest chyba współczesny świat, który dla mnie jest niepojęty i nie do zaakceptowania. Co mi pozostaje? Najchętniej ukryłabym się przed tym światem w bieszczadzkich lasach.

Dla ukojenia oglądam zdjęcia z miejsca, do którego pragnę uciec.






niedziela, 9 lipca 2017

Kulinarnie #1


Ciasteczka maślane z czekoladą

Czego potrzebujemy?

3 szklanki mąki

15 dag masła (3/4 kostki)

1 szklanka cukru

1 opakowanie cukru wanilinowego

2 jajka

3 łyżki kakao

1 łyżeczka proszku do pieczenia

½ tabliczki czekolady mlecznej

Jak to zrobić?

Masło, cukier i jajka utrzeć. Dodać połowę mąki i wymieszać. Dodać resztę mąki, kakao i proszek do pieczenia. Zagnieść ciasto. Rozwałkować na grubość około centymetra. Foremkami wyciąć ciasteczka i rozłożyć je na blasze wyłożonej papierem do pieczenia. Posypać startą na tarce czekoladą. Piec przez 10-15 minut w temperaturze 150-160°C.

Uwagi.

Foremek do ciasteczek nie posiadam. Do tego procederu wykorzystuję zwykłą szklankę. Z tej porcji wychodzi mi 18 ciastek. Piekarnik ustawiam na temperaturę 150°C i piekę przez 25 minut.



Smacznego!

piątek, 7 lipca 2017

Piękny film dzisiaj oglądałam … #7


Mieć czy być? Czy za wszelką cenę spełniać marzenia? Gdzie jest granica, której nie należy przekraczać? Czy można pogodzić miłość z wielkimi pieniędzmi? Czy wszystkich można kupić? Gdzie jest moje miejsce? Czy na pewno chcę należeć do świata, do którego aspiruję?

To tylko kilka z wielu pytań, które cały czas się przewijają. Czy to wypowiedziane wprost przez bohaterów czy to pojawiające się w głowie widza po kolejnych obrazach.

A obrazami są scenki z życia głównych bohaterów. To film, który przemawia przede wszystkim obrazem. Słowa nie mają tu kluczowego znaczenia. Zresztą bohaterowie są bardzo skąpi w wypowiadaniu swoich uczuć i myśli. Nawet muzyka jest na dalszym planie. Wbrew temu, co sugeruje tytuł.

Song to song. Piosenka za piosenką. To najnowszy film w reżyserii Terrence’a Malick’a. Przyznam szczerze, że wybierając się na seans nie bardzo wiedziałam czego się spodziewać. Opis filmu sugerował, że będzie to historia o miłości z piosenką w tle. Była i historia o miłości. Były i piosenki. Ale nie jest to typowy amerykański film o miłości. Co mnie przekonało do tego, aby jednak wybrać się do kina? Obsada. Ryan Gosling, Rooney Mara, Michael Fassbender (to trójka głównych bohaterów), Natalie Portman (pojawia się nieco później) i Cate Blanchett.

BV to chłopak z głową pełną pomysłów. Chce tworzyć muzykę, chce ją wydawać, chce na niej zarabiać i chce w końcu zostać zaproszonym do wielkiego świata artystów. Jedyne, czego mu brakuje to finanse, które pozwolą mu wydać pierwszy album. Wtedy z pomocą przychodzi Cook, który jest wpływowym producentem muzycznym. Bierze pod swoje skrzydła BV. Ale czy na pewno będzie wobec niego uczciwy? Czy naiwny i łatwowierny BV zdąży się zorientować na czas? Cook pod swoje skrzydła przygarnął również pewną młodą artystkę, Faye. Czy Faye dla korzyści materialnych zrezygnuje z prawdziwej miłości?

Ten film pokazuje smutną prawdę o współczesnym świece. Pokazuje też zagubienie człowieka i jego rozdarcie między wartościami a pieniędzmi. Ostatnia scena, kiedy BV wraca do swojego rodzinnego domu to światełko w tunelu. Bo BV nie wraca dlatego, że nie odniósł sukcesu, a dlatego, że jako najstarszy syn musi wziąć odpowiedzialność za swoje młodsze rodzeństwo. I to jest dla mnie pocieszające. Potrafił dokonać słusznego (wg mnie) wyboru, choć nie  był on łatwy.

Scena, która mnie najbardziej zaskoczyła to moment, w którym chór śpiewa „Zdrowaś Mario”. Gdy rozległa się ta modlitwa w języku polskim (!) byłam nieźle zdezorientowana.

Song to song to film pełen sprzeczności. To film niebanalny, choć poruszający banalny temat – miłość i pieniądze, uczciwość i zdrada, marzenia i ograniczenia. Do jakiego momentu można udawać, że wszystko jest w porządku?

Moi współtowarzysze mówili zgodnym głosem, że film był … nudny. Ależ jaka ta nuda była piękna!




wtorek, 4 lipca 2017

Żona ptasiarza.

Mandarynka. Zdjęcie ze zbiorów małżonka.

Natknęłam się w sieci na liczne recenzje dość ciekawej książki. Książka autorstwa Stanisława Łubieńskiego nosi tytuł „Dwanaście srok za ogon” (recenzję można znaleźć między innymi tu: https://monikaolgaczyta.blogspot.com/2017/07/twitcher-nie-jest-zbyt-lubiany-przez.html) i jest zbiorem zabawnych przygód pewnego ptasiarza (w tym przypadku ptasiarzem jest sam autor). Kim jest ptasiarz? Otóż ptasiarz to osoba, która hobbystycznie podgląda ptaki. Mimo tego, że ptaszenie kojarzy się wyłącznie z hobby, a nie z zawodową ornitologią nie znaczy to, że taki delikwent nie posiada szerokiej, specjalistycznej wiedzy. Ba!

Zainteresowana postanowiłam bardziej zgłębić temat i sama zajrzałam do książki. I muszę powiedzieć, że nie do końca byłam zadowolona. Zabrakło mi rozdziału poświęconego żonom ptasiarzy. Ja, jako taka właśnie żona, domagam się wręcz wzmianki o nas. Ktoś pomyśli sobie: cóż za buta! Chciałabym więc wytłumaczyć się trochę.

Dlaczego? Ano dlatego, że czasem żona ptasiarza włóczy się za mężem ptasiarzem godzinami, bo przecież fajnie razem spędzać czas. Nie powiem, że jest to takie złe. Samo włóczenie się jest ok. Organizm dotleniony, umysł wyciszony, spacer zaliczony, obcowanie z przyrodą odhaczone. Wszystko super! Tylko jest jedno „ale”. Ale czy musimy stać godzinami w jednym miejscu obserwując masę takich samych ptaków? Ile można patrzyć się na jednego ptaka! Ja mogę spojrzeć na ptaka, jak się uda to zrobić mu zdjęcie i iść dalej. A mąż rozstawia lunetę, przygotowuje aparat i czeka na idealne ujęcie. Ale to nie wszystko. Jak nie ma wiatru to fajnie przecież nakręcić film z ptakiem i taka żona (czyli ja) ma zakaz odzywania się, żeby nie nagrały się żadne rozmowy.

Inna sprawa, gdy w terenie ptasiarz spotyka innego ptasiarza. I gdy panowie są z żonami. Zawsze bacznie obserwuję tę drugą żonę, bo może ona też jest ptasiarzem. Więc im razem jest dobrze, ale ja nie bardzo mam o czym z nią rozmawiać. Rozróżniam jedynie podstawowe gatunki, choć nie powiem, znam ich coraz więcej. Co innego, gdy ta druga żona nie jest ptasiarzem. No to wtedy możemy wymienić się doświadczeniem nie obawiając się braku zrozumienia. Jeszcze inaczej, gdy w terenie spotykamy innego ptasiarza, tym razem bez żony. Panowie po tym, jak wymienią się informacjami co gdzie przyleciało i gdzie warto pójść idą dalej, każdy w swoją stronę. Może być też inaczej. Mogą wpaść na pomysł, że trochę poptaszą razem. Co ja robię w takiej sytuacji? Od razu wyjawiam prawdę o sobie. Ja na ptakach się nie znam! Ja idę za mężem! Są takie żony, które na ptakach też nie bardzo się znają, ale nie ujawniają się ze swoją niewiedzą. Na szyi takich żon majta się lornetka, przez którą od czasu do czasu zerkną. Ja lornetki nie noszę. Nie staram się sprawiać odpowiedniego wrażenia. Z miłości do męża czasem zdarza mi się ponosić jego lornetkę, gdy on w tym czasie walczy z lunetą i aparatem, a ręce ma tylko dwie. Wiadomo.

W książce autor wyjaśnia różnicę między birdwatcherem i twitcherem. Jeden i drugi podgląda ptaki, ale ten pierwszy potrafi godzinami stać w polu i bardzo skrupulatnie obserwować (to mój mąż), ten drugi nie dba o kilkugodzinne obcowanie z jednym gatunkiem ptaka tylko idzie na ilość spotkanych gatunków. Ten drugi szybciej się przemieszcza.

Uczestniczenie w ptasich wyprawach to jedno. Drugie to czekanie, aż mąż powróci z samotnych wędrówek. Przecież nie zawsze musimy iść razem. On na łąkach teren przeczesuje, a ja mam czas dla siebie i własnych przyjemności. Albo obiad gotuję, bo mąż wróci pewnie głodny jak wilk (ależ ja kocham tego swojego męża!). Tylko, żeby on tak bardzo się nie spóźniał! Niestety ptasiarze mają to do siebie, że jak trafią na jakieś ciekawe okazy to zupełnie tracą poczucie czasu. Zwykły świat po prostu dla nich znika. Jest tylko gęś egipska albo mewa blada i on.

W tym miejscu warto odwołać się do książki, bo autor, który wiele kwestii w tych sprawach zna z autopsji, wie o czym pisze. A pisze o syndromie BCD (Birding Compulsive Disorder). Owy syndrom zdefiniował wcześniej niejaki Peter Cashwell, ale Łubieński rewelacyjnie wyjaśnia o co chodzi, dlatego warto go zacytować:

Wymyślona przez niego jednostka chorobowa to typowe dla ornitologów skupienie całej uwagi na ptakach. Syndrom odpowiada za gwałtowne hamowanie bez oglądania się w lusterka na ruchliwej drodze, kiedy na poboczu mignie coś ciekawego. To on sprawia, że ptasiarz w środku dyskusji ucisza wszystkich syknięciem i unosi palec w kierunku, z którego dobiega interesujący dźwięk.

Ale muszę przyznać się Wam do czegoś. Kiedy widzę ten błysk w oku męża mego, gdy zdaje mi relacje z terenu i pokazuje zdjęcia. Kiedy słyszę tę radość w jego głosie, gdy opowiada w jakich okolicznościach pstryknął zdjęcie życia to wybaczam mu wszystkie spóźnienia, nocne włóczęgi i kilkugodzinne postoje w jednym miejscu. Mam tylko jedno życzenie. Panowie ptasiarze, doceniajcie swoje żony, które nie raz muszą wykazać się niezwykłą wyrozumiałością.
Trzy jaskółki. Zdjęcie ze zbiorów małżonka.

A tego osobnika spotkaliśmy w górach. Nie pamiętam kto to taki. Zdjęcie oczywiście ze zbiorów małżonka.
A oto właśnie książka, do której się odwołuję.

niedziela, 2 lipca 2017

Widok po nawałnicy, jak pobojowisko.



W mijającym tygodniu przez Polskę przeszły nawałnice. Sama byłam świadkiem spustoszeń, jakie wywołały. I jadąc samochodem tuż po ustaniu nawałnicy w głowie mi się nie mieściło, że widzę to co widzę. Krajobraz jak po stoczonej walce. Normalnie jakby jakieś bombardowanie przeszło, a nie nawałnica.

Miasto automatycznie zostało sparaliżowane. Komunikacja miejska trwała w bezruchu. Bardzo się cieszyłam, że akurat tego dnia do pracy wybrałam się samochodem. Wolno, bo wolno, ale jednak poruszałam się do przodu. Do celu coraz bliżej.

I tak zza szyb samochodu obserwowałam i w kółko powtarzałam sobie na głos: rety!

Drzewa połamane, konary drzew zalegające na ulicach, torach tramwajowych i chodnikach. Zerwane linie wysokiego napięcia. Te, które zetknęły się z ziemią przedstawiały chyba najbardziej przerażający widok. Pożar w kamienicy. W innym miejscu potężne drzewo, które runęło na budynek mieszkalny. Co niektórzy mogli mówić o szczęściu, bo milimetry decydowały o tym, czy drzewo jednak wybije okno czy też nie. Samochód (taki nawet całkiem porządny) totalnie przygnieciony drzewem, które zostało wyrwane razem z korzeniami. Ludzie z butami w ręku mozolnie brodzący wśród wody, której nagle pojawiło się tak dużo. A do tego kursujące na sygnałach straż pożarna i karetki pogotowia. Ci ostatni dzielnie wykonywali swoje obowiązki i podążali z pomocą potrzebującym mimo trwającego protestu. Armagedon!

I tak sobie pomyślałam … Czasem tak bardzo zabiegamy o rzeczy materialne, a przecież tak łatwo możemy je stracić. Chyba nie warto z pogoni za pieniędzmi, super wypasionymi samochodami, niebotycznymi apartamentami czynić sens swojego życia. Oczywiście nie mówię, żeby rezygnować z komfortu w życiu, ale są rzeczy ważne i ważniejsze. Bo patrząc na pobojowisko po nawałnicy uświadomiłam sobie, jak niewiele znaczymy wobec żywiołu przyrody. Przychodzi nawałnica, a my jesteśmy bezsilni. Nijak nie mogliśmy uchronić naszych samochodów, naszych kamienic, naszych bloków. Wystarczyło piętnaście minut żywiołu, aby stracić bardzo wiele. Na tak wiele rzeczy w ogóle nie mamy wpływu.

I za chwilę pojawiła się kolejna myśl. W porządku, nawałnica przyszła znienacka i się skończyła. Straty są, ale nikt nie zginął (chyba). Było dużo emocji, strachu, niedowierzania. Ale jakie mamy jednak szczęście, że żyjemy w Polsce. W Polsce wolnej od wszelkich trzęsień ziemi, erupcji wulkanów, lawin błotnych czy tsunami. Naprawdę czasem nie doceniamy, w jak bezpiecznym kraju żyjemy. Pokrzepiona tą myślą w końcu dojechałam do domu. Wszystko stoi na swoim miejscu. Na balkonie żadnych oznak, że kilka ulic dalej przeszedł piętnastominutowy Armagedon. Mogłam spokojnie zabrać się za szykowanie obiadu. Ale refleksje zostaną ze mną już na zawsze i w trudnych chwilach będę przypominać sobie tę sytuację i stawiać pytanie: co w życiu ma największą wartość?